Niestety, Mała miała rację - ktoś nas śledził. Już po stokroć wolłbym aby się okazało, że zwariowała... Po jaką cholerę zechciało mi się tego wracania pieszo?.. Ale to było tylko trzy przecznice od naszego bloku! Kto by nie skorzystał z tego, że było tak przyjemnie, w dodatku w TAKI DZIEŃ...
Czułem jak jej ciało drżało, a dłonie nerwowo zaciskały się wkoło mnie. Starałem się zachować pewność, że nasz chód nagle nie zmieni się w spanikowany bieg. Nie chciałem się narzucać i okazywać słabości, ale także chciałem jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu.
Słyszałem jej ciche łkania, które mnie tylko upewniały w tym, że jest coraz gorzej; jej urwany oddech, swój także; szybkie bicie naszych serc, oraz... Nie tylko nasze kroki.
Objąłem ją mocniej, wewnętrznie bojąc się o nią. Nie martwiłem się o siebie, Lea była ważniejsza ode mnie i to o wiele. Wiem, że zrobiłem wszystko, co mogłem, ale nadal odczuwałem, że to było za mało.
Czułem na swoich plecach mrożący wzrok tego, kto szedł za nami. W dodatku jego kroki były coraz głośniejsze, co znaczy, że był coraz bliżej nas.
- Kocham Cię, pamiętaj - szepnąłem, całując ją w czubek głowy. Dziwnie to zabrzmi, ale miałem przeczucie, że to nasze ostatnie chwile razem...
- Boję się.. Nie chcę Cię stracić - dotknęła drżącą dłonią mojego policzka. Ucałowałem ją, delikatnie ją ściskając w wolnej dłoni. Łzy same cisnęły mi się do oczu, ale starałem się utrzymać maskę w pełni opanowanego. Nie chciałem, aby widziała mnie jako tchórza i słabiaka, którym tak naprawdę byłem.
- Nie stracisz, zawsze będę, nieważne jak.
Przed oczami zamajaczył nam nasz blok. Co z tego, skoro i tak tam nie weszliśmy?
Czułem adrenalinę krążącą w żyłach, próbowałem się maksymalnie skupić, aby wyłapać każdy, nawet najmniejszy dźwięk, który wydobył z siebie śledzący. Puściłem ją, słysząc jak się zamachnął. Upadła na chodnik, a ja stanąłem twarzą w twarz z NIM. Miał na twarzy maskę, a w dłoniach kij bejsbolowy, kierujący się w moją stronę. W porę zrobiłem unik, który w sumie na nic się nie zdał. Uderzył niżej, tak mocno, że się zachwiałem, w ostateczności jednak utrzymując się w pionie. Jednakże wiedziałem o porażce, byłem na przegranej pozycji, nie udało mi się jej obronić.
- Ivan! - zawyła, a ja spojrzałem się na nią, momentalnie zamierając. Próbowała się doczołgać do mnie; niestety z marnym skutkiem... Drugi ktoś - nawet nie wiem, skąd on się znalazł - złapał ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Chciałem ruszyć na niego, ale... Poczułem cios w głowę.
- Ivan nie!.. - to było ostatnim, co usłyszałem z jej ust, nim pochłonęła mnie czerń. To przerażenie... Nigdy go nie zapomnę.
Gdy otworzyłem oczy, na sam początek oślepiły mnie błyski cicho buczących lamp. Zasłoniłem oczy dłonią, ciągnąc przy okazji jakąś rurkę. Gdzie ja jestem? - pytałem sam siebie, jak głupi licząc na odpowiedź. - Gdzie Leonie?
Lea... W głowie zahuczało mi od ostatnich zapamiętanych wydarzeń. Strach, przerażenie... Zacisnąłem powieki jak najmocniej się da. To chory sen, z którego się zaraz obudzę, a obok mnie będzie ONA. Przytuli się do mnie, całując mnie na powitanie.
Jeszcze raz otworzyłem oczy. Nic, dalej jestem w szpitalu, dalej jej nie ma...
Co ja tu do cholery robię?! Powinienem Jej szukać, nie pozwolić im z Nią uciec...
- Ivan - usłyszałem głos pani Josephine, sąsiadki z mieszkania obok. Była w wieku mojej mamy, bardzo miła kobieta... Ale co ona tu robi?!
- Co się stało?
- Napadnięto Was - ona wiedziała o Leonie. To pod jej czujnym okiem była z samego początku, gdy tylko się tu znaleźliśmy, a ja miałem pierwsze treningi w FCNII. - Po Lei ślad zaginął...
Poczułem pieczenie oczu. Znów to samo, tak? Kto tym razem? Przecież Kodjovi za nic w świecie nie wiedział, gdzie mieszkaliśmy... To kto, skoro nie on?
- Jak się tu znalazłem?
- Mario Cię znalazł, jak leżałeś nieprzytomny na chodniku. Wyprowadzał Kabanosa, który Cię wyczuł.
Zapadła dłuższa cisza, przerywana pracą aparatur. Przed "głębszym" myśleniem wstrzymywał mnie ogromny ból głowy. To chyba przez to straciłem przytomność...
- Ivan - podniosłem powieki i spojrzałem na nią - mieliście jakiś wrogów?
- Nie... - odpowiedziałem. Po części była to prawda, bo Koussou przecież chciał odbudować nasze relacje... To ja tego nie chciałem, dalej czułem do niego odrazę za to, co się działo rok temu. - Sądzę, że nie.
- Powiadomiłam policję, mają ją odnaleźć.
- Dziękuję. Chociaż wiem, że i tak nic nie pomogą - westchnąłem ciężko. Policja... Dobre sobie.
- Odpoczywaj, miałeś porządny wstrząs mózgu, a w dodatku pokaźnego guza.
- Cholera - jęknąłem, dopiero teraz to czując.
- Policjant miał do Ciebie przyjść wtedy, kiedy będziesz się lepiej czuł - pokiwałem głową na twierdzenie.
- Długo tu jestem?
- Od wczorajszego wieczora.
Tępo wpatrywałem się w sufit, myślami dryfując tam, gdzie może być Lea. Martwiłem się o nią, o to, co jest i co może jej być. Co jej ten ktoś robi...
Zachowałem się nieodpowiedzialnie, ale kto by pomyślał, że zwykłe wyjście się skończy w taki sposób? Nikt.
Popołudniu zjawili się policjanci. Opowiedziałem im o wszystkim i oni także zadali to samo pytanie. "Mieli państwo może jakiś wrogów?" Cholera, to dawało mi coraz więcej do myślenia, przez co głowa bolała mnie coraz bardziej, a nastrój stawał się gorszy niż na pogrzebie mojej ukochanej babci. Miałem opuścić szpital tego dnia, ale przez mój coraz gorszy stan musiałem jeszcze zostać. Prawie wszcząłem kłótnię z lekarzem, ale ostatecznie się wstrzymałem, i tak bym nic nie pomógł, a jeszcze mógłbym zaszkodzić.
Wieczorem ze Stuttgartu przylecieli zaalarmowani Lisa i Mo. Nie byli ucieszeni na mój widok w szpitalu, a tym bardziej na to, co się stało wczoraj.
- Nie wiem, czy to może być on - szepnąłem, gdy Leitner zasugerował, że to może być Koussou. - Przecież nie wie, gdzie dokładnie mieszkamy.
- Ale mógł mieć tu swoje wtyki, mógł Cię wcześniej już śledzić. Pamiętaj, że nie jest taki głupi, na jakiego wygląda.
- Wiem. Ale żeby dalej sobie nie odpuścił? Po tym, co robił, zacząłem mu wierzyć, że chce się zmienić.
- Przypomnij sobie, co robił wtedy.
Wtedy udawał najlepszego druha i kompana, sprawiał wrażenie, jakby nic się nie działo... A tak naprawdę krzywdził najważniejszą osobę mojego życia. Dobra maska, prawda?
- Nie wiem, ja po prostu juz nie wiem, co mam robić. W dodatku kazali mi tu jeszcze zostać na obserwacji.
- I dobrze - wtrąciła panna Kasper.
- Chcę im pomóc, chcę już Ją zobaczyć, dotknąć, przytulić... Chcę, aby była bezpieczna.
- Ze swoim stanem zdrowia nic tu nie pomożesz. Dzwoniłeś do Rogera, mówiąc mu o urazie?
- Nie mam głowy na takie rzeczy! Nawet do jej ojca nie dzwoniłem... - ukryłem twarz w dloniach. Byłem bezsilny, nic nie mogłem zrobić. Absolutnie.
- Musisz się odprężyć, bo pomarzysz sobie o wyjściu z tego szpitala.
- Nie mogę, denerwuję się tą niewiedzą.
- Oni dopiero zaczęli jej szukać - Leitner zachowywał trzeźwy umysł. Nie to co ja.
Czułem jak jej ciało drżało, a dłonie nerwowo zaciskały się wkoło mnie. Starałem się zachować pewność, że nasz chód nagle nie zmieni się w spanikowany bieg. Nie chciałem się narzucać i okazywać słabości, ale także chciałem jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu.
Słyszałem jej ciche łkania, które mnie tylko upewniały w tym, że jest coraz gorzej; jej urwany oddech, swój także; szybkie bicie naszych serc, oraz... Nie tylko nasze kroki.
Objąłem ją mocniej, wewnętrznie bojąc się o nią. Nie martwiłem się o siebie, Lea była ważniejsza ode mnie i to o wiele. Wiem, że zrobiłem wszystko, co mogłem, ale nadal odczuwałem, że to było za mało.
Czułem na swoich plecach mrożący wzrok tego, kto szedł za nami. W dodatku jego kroki były coraz głośniejsze, co znaczy, że był coraz bliżej nas.
- Kocham Cię, pamiętaj - szepnąłem, całując ją w czubek głowy. Dziwnie to zabrzmi, ale miałem przeczucie, że to nasze ostatnie chwile razem...
- Boję się.. Nie chcę Cię stracić - dotknęła drżącą dłonią mojego policzka. Ucałowałem ją, delikatnie ją ściskając w wolnej dłoni. Łzy same cisnęły mi się do oczu, ale starałem się utrzymać maskę w pełni opanowanego. Nie chciałem, aby widziała mnie jako tchórza i słabiaka, którym tak naprawdę byłem.
- Nie stracisz, zawsze będę, nieważne jak.
Przed oczami zamajaczył nam nasz blok. Co z tego, skoro i tak tam nie weszliśmy?
Czułem adrenalinę krążącą w żyłach, próbowałem się maksymalnie skupić, aby wyłapać każdy, nawet najmniejszy dźwięk, który wydobył z siebie śledzący. Puściłem ją, słysząc jak się zamachnął. Upadła na chodnik, a ja stanąłem twarzą w twarz z NIM. Miał na twarzy maskę, a w dłoniach kij bejsbolowy, kierujący się w moją stronę. W porę zrobiłem unik, który w sumie na nic się nie zdał. Uderzył niżej, tak mocno, że się zachwiałem, w ostateczności jednak utrzymując się w pionie. Jednakże wiedziałem o porażce, byłem na przegranej pozycji, nie udało mi się jej obronić.
- Ivan! - zawyła, a ja spojrzałem się na nią, momentalnie zamierając. Próbowała się doczołgać do mnie; niestety z marnym skutkiem... Drugi ktoś - nawet nie wiem, skąd on się znalazł - złapał ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Chciałem ruszyć na niego, ale... Poczułem cios w głowę.
- Ivan nie!.. - to było ostatnim, co usłyszałem z jej ust, nim pochłonęła mnie czerń. To przerażenie... Nigdy go nie zapomnę.
Gdy otworzyłem oczy, na sam początek oślepiły mnie błyski cicho buczących lamp. Zasłoniłem oczy dłonią, ciągnąc przy okazji jakąś rurkę. Gdzie ja jestem? - pytałem sam siebie, jak głupi licząc na odpowiedź. - Gdzie Leonie?
Lea... W głowie zahuczało mi od ostatnich zapamiętanych wydarzeń. Strach, przerażenie... Zacisnąłem powieki jak najmocniej się da. To chory sen, z którego się zaraz obudzę, a obok mnie będzie ONA. Przytuli się do mnie, całując mnie na powitanie.
Jeszcze raz otworzyłem oczy. Nic, dalej jestem w szpitalu, dalej jej nie ma...
Co ja tu do cholery robię?! Powinienem Jej szukać, nie pozwolić im z Nią uciec...
- Ivan - usłyszałem głos pani Josephine, sąsiadki z mieszkania obok. Była w wieku mojej mamy, bardzo miła kobieta... Ale co ona tu robi?!
- Co się stało?
- Napadnięto Was - ona wiedziała o Leonie. To pod jej czujnym okiem była z samego początku, gdy tylko się tu znaleźliśmy, a ja miałem pierwsze treningi w FCNII. - Po Lei ślad zaginął...
Poczułem pieczenie oczu. Znów to samo, tak? Kto tym razem? Przecież Kodjovi za nic w świecie nie wiedział, gdzie mieszkaliśmy... To kto, skoro nie on?
- Jak się tu znalazłem?
- Mario Cię znalazł, jak leżałeś nieprzytomny na chodniku. Wyprowadzał Kabanosa, który Cię wyczuł.
Zapadła dłuższa cisza, przerywana pracą aparatur. Przed "głębszym" myśleniem wstrzymywał mnie ogromny ból głowy. To chyba przez to straciłem przytomność...
- Ivan - podniosłem powieki i spojrzałem na nią - mieliście jakiś wrogów?
- Nie... - odpowiedziałem. Po części była to prawda, bo Koussou przecież chciał odbudować nasze relacje... To ja tego nie chciałem, dalej czułem do niego odrazę za to, co się działo rok temu. - Sądzę, że nie.
- Powiadomiłam policję, mają ją odnaleźć.
- Dziękuję. Chociaż wiem, że i tak nic nie pomogą - westchnąłem ciężko. Policja... Dobre sobie.
- Odpoczywaj, miałeś porządny wstrząs mózgu, a w dodatku pokaźnego guza.
- Cholera - jęknąłem, dopiero teraz to czując.
- Policjant miał do Ciebie przyjść wtedy, kiedy będziesz się lepiej czuł - pokiwałem głową na twierdzenie.
- Długo tu jestem?
- Od wczorajszego wieczora.
Tępo wpatrywałem się w sufit, myślami dryfując tam, gdzie może być Lea. Martwiłem się o nią, o to, co jest i co może jej być. Co jej ten ktoś robi...
Zachowałem się nieodpowiedzialnie, ale kto by pomyślał, że zwykłe wyjście się skończy w taki sposób? Nikt.
Popołudniu zjawili się policjanci. Opowiedziałem im o wszystkim i oni także zadali to samo pytanie. "Mieli państwo może jakiś wrogów?" Cholera, to dawało mi coraz więcej do myślenia, przez co głowa bolała mnie coraz bardziej, a nastrój stawał się gorszy niż na pogrzebie mojej ukochanej babci. Miałem opuścić szpital tego dnia, ale przez mój coraz gorszy stan musiałem jeszcze zostać. Prawie wszcząłem kłótnię z lekarzem, ale ostatecznie się wstrzymałem, i tak bym nic nie pomógł, a jeszcze mógłbym zaszkodzić.
Wieczorem ze Stuttgartu przylecieli zaalarmowani Lisa i Mo. Nie byli ucieszeni na mój widok w szpitalu, a tym bardziej na to, co się stało wczoraj.
- Nie wiem, czy to może być on - szepnąłem, gdy Leitner zasugerował, że to może być Koussou. - Przecież nie wie, gdzie dokładnie mieszkamy.
- Ale mógł mieć tu swoje wtyki, mógł Cię wcześniej już śledzić. Pamiętaj, że nie jest taki głupi, na jakiego wygląda.
- Wiem. Ale żeby dalej sobie nie odpuścił? Po tym, co robił, zacząłem mu wierzyć, że chce się zmienić.
- Przypomnij sobie, co robił wtedy.
Wtedy udawał najlepszego druha i kompana, sprawiał wrażenie, jakby nic się nie działo... A tak naprawdę krzywdził najważniejszą osobę mojego życia. Dobra maska, prawda?
- Nie wiem, ja po prostu juz nie wiem, co mam robić. W dodatku kazali mi tu jeszcze zostać na obserwacji.
- I dobrze - wtrąciła panna Kasper.
- Chcę im pomóc, chcę już Ją zobaczyć, dotknąć, przytulić... Chcę, aby była bezpieczna.
- Ze swoim stanem zdrowia nic tu nie pomożesz. Dzwoniłeś do Rogera, mówiąc mu o urazie?
- Nie mam głowy na takie rzeczy! Nawet do jej ojca nie dzwoniłem... - ukryłem twarz w dloniach. Byłem bezsilny, nic nie mogłem zrobić. Absolutnie.
- Musisz się odprężyć, bo pomarzysz sobie o wyjściu z tego szpitala.
- Nie mogę, denerwuję się tą niewiedzą.
- Oni dopiero zaczęli jej szukać - Leitner zachowywał trzeźwy umysł. Nie to co ja.
_________
Okej, wiem, że już nie żyję. Spoko, możecie mnie zabić, ale nie dziś, muszę przeżyć najbliższe 12 dni XD Potem mogę zginąć.
Okej, wiem, że już nie żyję. Spoko, możecie mnie zabić, ale nie dziś, muszę przeżyć najbliższe 12 dni XD Potem mogę zginąć.
Wiem, że się nie podoba, szczególnie na treść, jaka jest w nim zawarta, okej, rozumiem XD
do zobaczenia w niedzielę u Patricka, znaczy się Ines i Pierra, a w poniedziałek u... Holgera! nawet nie wiecie, ile czasu czekałam na to, aż napiszę jego imię XDDDD

Domi, Domi.. Poczekaj tylko.. Napisze komentarz i jade tam do Ciebie! XD
OdpowiedzUsuńDzida przygotowana, czeka już XDD
Jak?...dlaczego? :((
Boje się w cholercię no :( oni na to nie zasługują :((
Cudowny ❤
Czekam z niecierpliwością na kolejny
Buziaki :**
Czy ja dobrze zrozumiałam, że Parick powróci heheheh ? ^^ ❤
O NIE
OdpowiedzUsuńDLACZEGO TO ZROBIŁAŚ? ;----;
Boże mam nadzieję, że Lea się znajdzie! Bo jak nie to pamiętaj, dzida leży przygotowana! XD
Przecież było tak pięknie :ccc
czekam na kolejny :3
Ej nie bawimy się tak ;(((((((((((( Co ty robisz to ja nie wiem XD Czekam na nexta ;)))
OdpowiedzUsuńJAK MOGŁAŚ? :O ZNISZCZYŁAŚ WIZJĘ SZCZĘŚCIA!! :(
OdpowiedzUsuńIdę chlipać :,(
Lea musi się znaleźć i wtedy będę szczęśliwa, tak jak oni! ;)
Czekam na kolejny :D Buziaki! :*