wtorek, 16 lutego 2016

koniec

          Proces Koussou odbył się dwa miesiące potem, dokładnie dwa dni przed zakończeniem sezonu 14/15 ligi regionalnej, w której zespół Ivana uplasował się na ósmym miejscu. Potwornie się obawiałam tego dnia, od kiedy wyznaczono dokładną datę rozprawy. Liczyłam, że zakończy się to jak najszybciej, bez zbędnego przyciągania. Już powoli nie wystarczało mi nerwów na to, co się działo do tej pory, a miało być tego więcej? Nigdy w życiu.

          - No proszę, znów się spotykamy, skarbie - powiedział...tak po prostu, gdy tylko mnie zobaczył czekającą przed salą w monachijskim sądzie. Szczerzył się, wlepiając we mnie swój obleśny wzrok. Strach i obrzydzenie ogarnęły moje ciało.
          Ivan nic nie mówił, chociaż widziałam, że już planował się na niego rzucić. Jednakże miejsce, w którym się wówczas znajdowaliśmy oraz to, co może go czekać za ewentualny atak, ostatkami sił powstrzymywały go od zrealizowania jego zamiarów. Oplótł mnie ramionami w talii i oparł czoło o moje ramię. Nie robiło na nim żadnego wrażenia to, że jest tu obecny mój tata oraz adwokat. Nic a nic.
          - A z Tobą... - zwrócił się do stojącego przy drzwiach Kevina, swojego brata. Był spłoszony. Ten dzień nie należał do najlepszych dla niego. - Ciebie nie chcę znać. Jesteś dla mnie nikim!
          - Ja? Kto tu jest nikim, a w dodatku potworem?! - odpowiedział mu, ale ten nie zdążył zareagować na to w jakikolwiek sposób.
          Na salę rozpraw weszliśmy tuż za nim. Tam... Tam wszystko miało zostać odkryte. Absolutnie wszystko. Każde słowo, gest, czyn... Na samą myśl o tym do teraz kręci mi się w głowie. Mimo wsparcia najbliższych czułam się, jakby to wszystko zaraz miało wrócić. Dawno nie odczuwałam tego tak silnie... Z niesamowitym pragnieniem oczekiwałam końca tego piekła. 
          - Kodjovi Koussou za wielokrotny gwałt oraz dwukrotne uprowadzenie Leonie Fröhling zostaje skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia bez możliwości wcześniejszego opuszczenia zakładu karnego. Kevin Koussou za pomoc otrzymuje karę trzech lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat.
          Tato i Ivan odetchnęli z ulgą. Ja... Ja nie potrafiłam. Co jeśli po wyjściu zapragnie zemsty?

          - Leonie - szepnął, przyciągając mnie do siebie. Wtuliłam się w niego, nic nie mówiąc. Nie byłam w stanie złożyć nawet najprostszej zbitki liter. - To koniec. Już na zawsze koniec.
          - Oczywiście uważam, że te dwadzieścia pięć lat to o wiele za mało jak na to, co Tobie, co Wam zrobił... - powiedział Torsten, dołączając się do naszego tulenia. - Ale mogło to wszystko mieć całkiem inny finał...
          - Przez tem czas dużo sobie przemyśli. Co go pchnęło do czegoś takiego? Miał wszystko, a gdyby tylko się postarał w uczciwej walce, to miałby więcej...
          - Najwyraźniej nie chciał stosować metody fair play, synu - tak, synu. Niewiele brakuje, a Ivan zacznie mówić do niego 'tato', co po większej części mnie cieszy. Zaczynał jako jego podopieczny, a może skończyć jako...jako zięć. Ale czy to nie za szybko? A skąd! Jestem pewna, że nie potrafiłabym obdarzyć jakiekolwiek innego mężczyzny czy chłopaka takim uczuciem, jakim obdarzam Ivana.

***


          Dziś kończę osiemnaście lat. Nie czuję jakoś tej aury dorosłości i magii pełnoletności. Musiałam dorosnąć wcześniej, ale... Nie żałuję tego. Dzięki zawziętości mam teraz wszystko. Swoje szczęście, a także szczęście tych, na których najbardziej mi zależy. Tuż obok wspaniałego małego mężczyznę, który kocha mnie do szaleństwa, podobnie jak ja jego.
          Od września powróciłam do szkoły. Zaocznie, ale wróciłam, kiedyś trzeba, nieprawdaż? A półtora roku to jednak trochę jest.

          - Sto lat, sto lat! - zaczął fałszować, wchodząc do sypialni. W dłoniach trzymał tackę z racuszkami, polanymi bitą śmietaną, z których wystawały świeczki i mała raca. Za nim do środka wszedł tata, chociaż pewności tak do końca nie miałam, bo twarz drugiego przybyłego zasłaniały kwiaty.
          Zakryłam twarz kołdrą, wybuchając śmiechem. Chyba to przez jego brak zdolności do śpiewania.
          - Nie ma spania! - ściągnął mi nakrycie z głowy. - Wszystkiego najlepszego, kochanie, wkroczyłaś w ten magiczny wiek! Już możesz decydować sama o sobie - zaśmiał się, jednocześnie mnie całując. Tata spokojnie się temu przyglądał, chyba już się przyzwyczaił, że jego mała córeczka już nie jest tylko jego. - A teraz proszę zdmuchnąć świeczki i pomyśleć życzenie!
          - Chyba na odwrót, Ivan - zachichotał Torsten.
          Czego mogłabym sobie życzyć? Naprawdę nie wiem. Czy może być jeszcze lepiej niż jest teraz?
          Mniejsza z tym, pomyślałam, dmuchając w osiemnaście woskowych patyczków, które nie wiem, jakim cudem umieścił na cieście racuchów.
          - Wszystkiego najlepszego, córciu - szepnął tata, cmokając mnie w policzki. - Jak bardzo się obawiałem tego dnia, to z tak samym pragnieniem nie mogłem się go doczekać. Osobiście widziałem to z innej perspektywy, ale tak...nie mogę narzekać. Wszystkiego, co najlepsze, skarbie - ścisnął moje dłonie, po czym się podniósł.
          - Teraz czas na urodzinowe śniadanie! - oznajmił, a ja w jego głosie wyczułam nutkę zdenerwowania. Ponownie podał mi tackę, a ja nim zabrałam się za jedzenie, to uważnie na niego spojrzałam. Próbował zapanować nad emocjami. Przyznam się, w tym momencie naprawdę nie rozumiałam sytuacji.
          - To ja pójdę wstawić kwiaty do wazonu - Torsten zniknął nam z pola widzenia.
          - Ivan... Co jest?
          - A co miałoby być? - tym razem skuteczniej zapanował nad głosem. Aczkolwiek wzrok mu latał po całym pomieszczeniu.
          - Denerwujesz się - stwierdziłam, biorąc gryza pierwszego racuszka. Uwielbiałam jego kuchnię. Chociaż... Czy istniało coś, czego w nim nie wielbiłam?
          - Ja? Wydaje Ci się. A teraz jedz.
          Co on tak z tym ponaglaniem mnie do jedzenia? Planuje mnie otruć? 
          Jadłam naprawdę powoli, delektowałam się każdym kęsem, a mój ukochany maluch z emocji prawie zjadał własne palce. Przy czwartym chyba poczułam powód jego zdenerwowania... A dokładniej mały, srebrny okrąg z niewielkim, białym oczkiem. Schwyciłam go w palce, nie dowierzając własnym oczom. Czy to...to że to pierścionek to wiem. Ale czy chce...chce mi się oświadczyć?
          Usłyszałam jak mojemu ojcu zapiera dech w piersiach. Nie wiedział? A ja? Co mam zrobić?
          - Leonie - szepnął, a ja niepewnie przeniosłam wzrok na niego. Serce podeszło mi do gardła. - Pragnę dzielić z Tobą wszelkie smutki i radości, a także całe życie, nawet to po życiu. Sprawisz mi ten zaszczyt i przed Bogiem przysięgniesz mi miłość po grób?
          Zakryłam usta dłońmi, czując napływające do oczu łzy. Czy ja mówiłam, że chyba lepiej być nie może? Jeśli tak, to cofam te słowa, bo...bo się da. I tak jest.
          - Ja... Tak, przysięgnę Ci przed Bogiem miłość po grób - szepnęłam, zarzucając mu ręce na szyję.



___________
godzina 15:15 kiedy to weszłam tu, w ten post. probowałam się zebrać na tyle, aby napisać jakąś mowę pożegnalną, ale... nie jestem w stanie. poza tym - kto to będzie czytać? XD
nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, że wytrzymałyście tu przez czterdzieści trzy tygodnie. czterdzieści dwa rozdziały... mój rekord z vgggap został pokonany, matulo. i chyba zostawiam sobie furtkę z tym rekordem, aczkolwiek wątpię, żebym była w stanie zanudzić Was jakimś stu rozdziałowcem XD nie jestem taka wredna!
jejciu, dziękuję Wam z całego mego biednego serduszka, które nadal smutno łomocze chociaż ogólnie ono takie jest
liczę, że dalej będziecie mnie czytać, bo jeszcze nie kończę z pisaniem! chociaż kto to wie?

Ivan też  nie może uwierzyć w to, że to koniec
znajdziecie mnie tu: