piątek, 6 listopada 2015

28.

          - Ivan, jest coraz gorzej - powiedział mi Moritz, gdy zostaliśmy sami. Lisa zabrała Leonie jakiś czas temu na zakupy w Stuttgarcie.
          - Gorzej, czyli?.. - spytałem, spoglądając na niego przerażony. Zachowywał powagę, gdy odpowiadał na moje pytanie.
          - Nalega na przyjazd do Norymbergi. Wymyślam coraz to kolejne wymówki, że a to ja nie mogę, a to Tobie nie pasuje... Ale on chyba już tego nie kupuje.
          - Mo, boję się o Małą - szepnąłem po chwili, zaciskając dłonie w pięści. - Nie może się jej nic stać, nie mógłbym tego przeżyć.
          - Musisz ją chronić - ostatnio to zdanie wypowiadał o wiele za często. Cholera, jestem praktycznie zawsze, nie umiem nic więcej zrobić.
          - Nie uciekniemy mu... Prędzej, czy później się dowie, gdzie się znajduję.
          - Spotkaj się z nim, da Ci spokój - próbował mnie przekonać.
          - Nie da, rozumiesz? Będzie chciał więcej, a ja dalej mu tego nie wybaczyłem. I nie mam zamiaru tego uczynić.
          Miał mi coś odpowiedzieć, ale usłyszał trzask otwieranych drzwi i momentalnie się zamknął. Wróciliśmy do przerwanego jakiś czas temu meczu, aby obyło się bez niepotrzebnych pytań.
          Usłyszeliśmy śmiechy naszych dziewczyn. Chyba zapomniała o tym piekielnym telefonie.
          - Chyba zakupy się udały - zaśmiał się Leitner, nie odrywając się od gry.
          - No jasne! - odpowiedziała mu Leonie, a ten spojrzał się na mnie, poruszając znacząco brwiami.
          - Chyba zemdlejesz, jak ją zobaczysz, zanim... No wiesz - wywróciłem oczami.
          Ostatnimi czasy poruszaliśmy tę najważniejszą kwestię... A mianowicie jej pierwszy raz. Udało się wszystko idealnie połączyć wszystko - zbliżające się walentynki, nasza mała rocznica...
          - Co to za plotkowanie o nas? - spytała panna Kasper, wychylając się zza progu.
          - A chcesz się dołączysz? - pokazała mi język, znikając.
          - Przyniosłyśmy też chińszczyznę, pewnie zgłodnieliście - dodała Lea, przynosząc cztery opakowania i kładąc je na stole. Pochyliła się nade mną, po czym cmoknęła w usta. Z Mo przywitała się całusami w policzki. Lisa zaś zrobiła na odwrót. Przerwaliśmy grę i odłożyliśmy pady, aby się gdzieś nie zawieruszyły.
          - Ivi, co tak słabo? - spytała Leonie, widząc na ekranie telewizora remisowy wynik. - Moritzowi się dajesz?
          - Ej, panienko! Wypraszam to sobie - zaśmiał się, chwytając w dłonie dwa pady, z czego jeden jej podał. - Chcesz się ze mną zmierzyć?
          - Z Tobą? Aby zobaczyć Twoją porażkę? ZAWSZE! - zatarła ręce, wypełniona entuzjazmem. Mo zrestartował mecz. Oho, się zacznie... Się dzieci dobrały do gry, jedno gorsze od drugiego.
          Zajęliśmy z Lisą miejsca za kanapą i dopingowaliśmy nasze drugie połówki. Lea świetnie sobie radziła, te wieczne mecze z Samuelem oraz mną dały o sobie znać. Moritz chciał ją okiwać, ale... Coś słabo mu szło.
          - A niby tak się unosiłeś, że to będzie taki łatwy mecz - skwitowała, kiedy po dziesięciu minutach nastał koniec pierwszej połowy.
          - Ale ja się dopiero rozkręcam - burknął, upijając łyk soku. Strzelił z palców i wrócili do małej wojny.
          Szczerze to było mi do śmiechu. Lea grała na luzie, a Mo starał się jej dorównać. Zazwyczaj z marnym skutkiem.
          - Nie włączyłaś przypadkiem mi trybu amatora? - zwrócił się do niej, a ona zaprzeczyła.
          - Cóż, a może po prostu jesteś słaby? - oj... Chyba sobie przeskrobała.
          - Panienko, nie wiem, czy wiesz, ale wstępujesz na ciemną drogę - powiedział śmiertelnie poważnie, a ona wybuchła srogim śmiechem. Odłożyła pada na stół, a jej śmiech przybrał na sile. Wiedziałem, że Mo blefuje, za długo go znam. Zatrzymał grę, odłożył swojgo kontrolera i... Wymierzył jej srogą karę w postaci porcji łaskotania.
          - Ivan, ratuj! - piszczała, a Lisa przyglądała się im z pobłażaniem.
          - Nie ma wołana o pomoc, musisz sama odeprzeć atak! - i dalej ją łaskotał. Ze śmiechu już płakała, nie mogła nawet niczego wykrztusić, gdy Leitner się nad nią zlitował.
          - Żeby mi to był ostatni raz, panienko - pogroził jej palcem, po chwili wybuchając śmiechem.
          - Tak jest, psze pana - zasalutowała mu, wracając do gry.

***

          Obudziłam się późnym porankiem. Odruchowo przejechałam dłonią, chcąc sprawdzić miejsce obok. Puste, czyli zapewne robi śniadanie. Jakiś czas temu zdecydowaliśmy, że będziemy spać razem.
          Przetarłam oczy i powoli się podniosłam. Ziewnęłam przeciągle, przemierzając długość dzielącą mnie do drzwi, które następnie cicho pchnęłam przed siebie.
          Gwizdał jakąś piosenkę, lecącą z radio. Na paluszkach przeszłam do kuchni i przytuliłam się do jego nagich pleców, mrucząc cicho. Nie musiałam długo czekać na jego reakcję. Obrócił się i porwał w swoje ramiona, całując bez zapowiedzi. Całowaliśmy się, dopóki nie poczułam swądu przypalanego omleta...
          - Cholera - oderwał się ode mnie, po czym zakręcił kurek. - Śniadanie chyba nam nie wypaliło.
          - Zawsze zostają tosty.
          - Tosty w taki dzień? - wywróciłam oczami.
          - Oficjalna część zaczyna się wieczorem - przypomniałam mu, czując w środku przyjemne dreszcze. To dziś... Ten dzień. Dzień, w którym miała się stać jedna z najważniejszych spraw dwojga kochających się ludzi...
          - Dopiero wieczorem - ucałował jeden z rumieniących się policzków.
          - Skąd wiesz, że akurat o TO chodzi?
          - Mała, znam Cię trochę - uśmiechnął się slodko, przyciągając mnie do siebie. - Poza tym... Sam się nie mogę doczekać - wymruczał mi na ucho, a jego ciało jakby dla potwierdzenia pokazało mi, że tego chce.
          Przejechałam dłonią po jego boku, podążając w dół. Mruknął gardłowo, gdy opuszkami palców dotknęłam materiału bokserek.
          - Wieczorem... - cmoknął mnie w szyję, chwytając moją dłoń.
          - Ale to tak długo...
          - Cóż, musisz wytrzymać - pocałował mnie w czoło. - A teraz czas na śniadanie.

          Przemierzaliśmy miasto, zachwycając się spadającym śniegiem. Połowa lutego, a tu dopiero przyszła poządna zima! W sumie to dobrze, spadające płatki dodały tylko uroku w tym ważnym dniu.
          Między nami kołysały się nasze splecione dłonie. Wydawało się, że nic się dla nas nie liczy.
Niby się nie bałam, ale... Wieczór, a my jesteśmy sami, ani żywej duszy dookoła... Nie żeby coś, ale... Miałam dziwne przeczucie, że coś się stanie...
          Kątem oka spoglądałam nerwowo na boki. Mimowolnie czułam, że ktoś nas obserwuje...
          - Lea... - szepnął, obejmując mnie ramieniem. - Denerwujesz się?
          - Nie - powiedziałam szczerze. Nie bałam się tego, co nas czeka w mieszkaniu, tylko tego, z czym zmierzymy się w trakcie drogi do niego... - Czuję, że ktoś nas obserwuje.
          - Spójrz - zerknął za siebie, momentalnie zmieniając nastawienie. Przycisnął mnie do siebie, zwiększając tempo chodu. - Przyspieszmy trochę.
          Nie chciałam wiedzieć, co zobaczył. Do naszego bloku zostały raptem dwie przecznice... Kilka minut, które zaważyły o wszystkim...



_______________
Dzień dobry, mam już się chować w schronie? Chwała bogu, że mieszkam na takim zadupiu, że nikt mnie nie znajdzie XDDDDD

*chwali się tym, że ma nowe gify z Ivanem* nie patrzcie się na jego włosy, błagam XD

3 komentarze:

  1. chowaj się w schronie w trybie now!
    aż sie boje tej końcówki ;------;

    OdpowiedzUsuń
  2. A zdziwisz sie kochana, oj zdziwisz XD
    Znajdę cię xd więc lepiej się chowaj :D
    Doczakać się nie mogę, jak zawsze zresztą ❤
    Przepiękny ❤❤
    Czekam z niecierpliwością na kolejny
    Buziaki :***

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie martw się kochanie :) Odnajdę Twoje zadupie i zrobię Ci jesień średniowiecza :* XD
    No, oczywiście że Cię zabije :D
    Ale rozdział mi się podobał! Tyle emocji! ;3
    Czekam na następny! :3

    OdpowiedzUsuń