piątek, 2 października 2015

23.

          Grudzień nastał szybko. Z każdym dniem się ochładzało coraz bardziej, wieczory nastawały szybko, aż odechciewało się opuszczać dom. Po rozmowie telefonicznej z Lisą  o moich obawach zrobiło mi się lepiej. Wysłuchała mnie i zapewniła, że to tylko moje przerważliwienie. Nie miałam się czego bać, przynajmniej tak mówiła. Wszyscy tak mówili. I tego się trzymam...
          Ivi ósmego grudnia tuż popołudniu poleciał do Stuttgartu, świętować urodziny przyjaciela. Gdyby nie Koussou, to też bym tam była...
          Tato przez ostatni miesiąc przyjechał tu czterokrotnie. Cieszyła mnie każda jego wizyta. Za każdym razem proponował wyjazd do Monachium, ale mimo to... Dalej nie zdecydowałam się tam pojechać. Zastanawiam się, kiedy przełamię się na tyle, aby wrócić w rodzinne strony... Chociaż na chwilę.
          Po wieczornej rozmowie z chłopakiem i kolejnym razie ze składaniem życzeń Leitnerowi, zadzwoniłam do ojca, od którego dowiedziałam się, że za dwa dni ma zamiar nas odwiedzić. Ciekawe, czy przystanie na to, co wymyślilismy z Knezą. Niby do świąt jeszcze trzy tygodnie, ale trzeba o tym myśleć. Od kiedy rodzice się rozeszli, wigilię spędzaliśmy w dwójkę. Więc może w nadchodzące wybierzemy się do Schaafheim, aby spędzić je razem, wszyscy, w rodzinnym gronie?  Poznają się... Plan nie wydaje się zły, zobaczymy, jak pójdzie z jego realizacją.
          Gdy skończyłam, przyrządziłam sobie popcorn i włączyłam telewizor, w poszukiwaniach jakiegoś ciekawego filmu na nudny i samotny wieczór. Zostawiłam jakiś melodramat, w trakcie którego... Zasnęłam. 

~*~*~*~

           Gdyby nie to, że obiecałem Moritzowi, to siedziałbym w domu. Rozerwiesz się trochę, argumentował. Rozerwiesz, dobre sobie. Nie w tym towarzystwie.
          Przybyłem jako pierwszy, o wiele przed czasem, więc przy okazji pomogłem mu wszystko ogarnąć przed przyjazdem pozostałych gości.
          - Z nieba nam spadłeś! - zaśmiała się Lisa, czochrając mi włosy.
          - Pół godziny układałem! - jęknąłem, udając załamanego. Mojej pracy nikt nie docenia!
          - Teraz wyglądają o wiele, wiele lepiej, niż przed chwilą - posłała mi buziaka w powietrzu, uciekając do korytarza. Pewnie zaczęli się zjeżdżać.
          Jako pierwszy przybył Julian. Kilka minut potem... Kodjovi. Moritz świetnie udawał swoją niewiedzę. Byłem pod niesamowitym wrażeniem jego gry aktorskiej.
          Na szarym końcu zjawił się Carlo, gość-niespodzianka, załatwiony dzięki mnie. I wtedy to zabawa oraz śmiechy się zaczęły. Wreszcie się rozluźniłem, niewielka część mózgu jeszcze przejmowała się obecnością Koussou.
          Jednakże w pewnym momencie z ust Cro padło pytanie, które nigdy nie powinno mieć miejsca. Szczególnie przy obecności Nono...
          - I jak, ułożyło Ci się z tą... Jak jej tam? - wszyscy zgromadzeni skupili na mnie uwagę. Łącznie z obrońcą.
          Spanikowałem. Co, jeśli się domyśli?
          Skłam - mówiła podświadomość.
          - Z Aną? - naprawdę, było to pierwsze imię, jakie przyszło mi na myśl.
          - Szczerze to zapomniałem. Ale wiesz o kogo mi chodzi, ta od koncertu.
          - Czyli Ana - zaśmiałem się. Miesiące praktyk uczyniły ze mnie aktora lepszego od tych, występujących w telewizji i na scenie. - Jest dobrze, i to bardzo.
          - Szkoda, że nie zabrałeś jej ze sobą, z chęcią bym ją poznał, bo żeś trafił najlepiej, jak mógł! - stwierdził z uznaniem, na co się uśmiechnąłem.
          - Widziałem Was po debrach - po tych słowach poczułem, jak moje serce się zatrzymuje. Lea miała rację... On nas widział. - Malutka i to bardzo - piłkarz rezerw Bayernu wybuchł gromkim śmiechem, a ja wewnętrznie drżałem ze strachu. Myślałem, że to jej przewrażliwienie...
          - Gdzie? - udałem zdziwionego.
          - Staliśmy przy autokarze, a Wy szliście. Myślałem, że tylko Ty jesteś taki malutki, a tu proszę - szturnął mnie w ramię. Czy od dalej próbuje odbudować relacje między nami, czy co?
          Relacje relacjami... Martwiłem się, czy teraz Lea znów jest w niebezpieczeństwie... Skoro nas widział...
          - Liczymy, że kiedyś się spotkamy w takim gronie i Ana będzie z nami - zakończył z lekkim uśmiechem.
          Nono nigdy nie kłamał, nawet wtedy, więc... Jest nadzieja, że jest bezpieczna...
          Moritz spojrzał na mnie porozumiewawczo, jakby nigdy nic jedząc kolejny kawałek tortu. Teraz to się dopiero zacznie...

          Goście zebrali się późną nocą. Oczywiście zostałem jeszcze po tym, dopiero z samego rana miałem zbierać się do Norymbergi. Gdy wieczorem rozmawiałem z Leonie, pominąłem temat Kodjoviego szerokim łukiem, po co mam ją niepotrzebnie denerwować? Dalej nie wiem, jakim cudem przeszło jej po ostatnim razie.
          - Mówił mi o tym wcześniej... Chciałeś o nią dbać, chronić ją przed tym spotkaniem, a co zrobiłeś?! - naskoczył na mnie Niemiec. No do cholery, już moja wina.
          - Moritz, ona sama chciała pójśc na ten mecz - wtrąciła Lisa, a ja spojrzałem na nią pytająco. Skąd ona wiedziała? - Lea rozmawiała ze mną o tym. Mówiła, że mogła pomyśleć, nim na niego się wybrała, ale nic się nie odstanie. Cieszcie się, że jej nie poznał, i że Carlo za dużo o niej nie wie. Wtedy by dopiero było.
          Westchnąłem zrezygnowany. Przecież zawsze mogło być gorzej.
          - Mam nadzieję, że nie trzeba Ci przypominać o tym, że masz być ostrożny, w teraz nawet podwójnie, nieprawdaż? - zapytał Leitner, krzyżując ręce na piersi.
          - Wiem - zacisnąłem wargi, zerkając na zegar. Kilkanaście minut po pierwszej, na pewno śpi.
          - Nie martw się - szepnęła panna Kasper, gładząc mnie po ramieniu. - Odpuścił, nie widzisz tego?
          - Widzę... Ale to nie ją nazwał głupią suką jakiś czas temu - sarknąłem, a ona uniosła pytająco brew ku górze. - W trakcie tego meczu mnie zaczepił. Zachowywał się tak, jakby to wszystko nie miało miejsca...
          - Ivan, kilka lat przyjaźni od tak nie znikną.
          - Wystarczyło osiem tygodni, aby to zrobić... - odszepnąłem. Nawet dziś, prawie pół roku po odzyskaniu jej... Ciężko jest o tym mówić. To jest niewybaczalne, tak skrzywdzić drugiego człowieka... - Nie wiem, czy kiedykolwiek mu to wybaczę.
          - Sam kazałeś jej zapomnieć o tym. Ty też nie umiesz?
          - Oddałbym wszystko, aby te tygodnie nie miały miejsca. Naprawdę.
          - Na pewno? Chciałbyś aby znów unikała Cię jak diabeł święconej wody? - przyjaciel pochwycił temat.
          Jeśli miałbym możliwość cofnięcia czasu... Uczyniłbym to. Nawet jeśli tego ceną miałyby być zerowe relacje z Leonie. Może wtedy bym zmądrzał i inaczej spróbował nawiązać z nią kontakt? Wszystko możliwe...
          - Zrobiłbym wszystko, aby nie doznała tego cierpienia - powiedziałem pewnie. Bo to na tym polega prawdziwa miłość - kiedy chcesz szczęścia drugiej połówki bez względu na wszystko.

          Rankiem, tuż po godzinie siódmej obudził mnie telefon. Leonie.
          ~ Hej ~ powiedziała do słuchawki, gdy tylko odebrałem połączenie. ~ Obudziłam Cię?
          - Tak jakby... - odpowiedziałem, ziewając.
          ~ Przepraszam, nie chciałam ~ w jej głosie bylo słychać poczucie winy. Niepotrzebne, nic nie wiedziała.
          - Lea... Coś się stało?
          ~ Nic... Po prostu chciałam usłyszeć Twój głos ~ uśmiechnąłem się czule.
          - Do południa powinienem być, kochanie - zapewniłem ją, słysząc po drugiej stronie odetchnięcie z ulgą.
          ~ Tęsknię.
          - Ja też. Niedługo się zobaczymy.





____________
dzień dobry, witam, jak po rozdziale? :) chce ktoś mnie zabić? :v 

4 komentarze:

  1. no nie, Cro mogłeś siedzieć cicho :v
    to się ciekawie porobiło
    czekam nn :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie cudne, takie piękne, takie wspaniałe ♥
    Domcia... nic nie zrobisz nie? :C
    Oni zasługują na szczęście <3
    Czekam z niecierpliwością na kolejny
    Buziaki :****

    OdpowiedzUsuń
  3. Boze, ja tego Cro udusze.. :(
    Oni muszą być razem! Najszczęsliwsi i naj, naj, naj!!
    Czekam na ciag dalszy! :)

    OdpowiedzUsuń