Koussou był wściekły po tym, gdy zobaczył mnie w o wiele lepszym stanie. I znowu skrzywdził... Tym razem gorzej... Podziwiam w sobie to, że dzielnie to zniosłam... Ale potem... Potem przyszło załamanie.
Ivan zjawiał się średnio po dwóch-trzech jego wizytach. Za każdym razem przemywał mnie, dawał jeść, pić... I obiecywał, że mnie wyciągnie... Próbowałam w to wierzyć, ale z każdą "wizytą" Nono wątpiłam na nowo...
Ivan zjawiał się średnio po dwóch-trzech jego wizytach. Za każdym razem przemywał mnie, dawał jeść, pić... I obiecywał, że mnie wyciągnie... Próbowałam w to wierzyć, ale z każdą "wizytą" Nono wątpiłam na nowo...
Schemat powtarzał się sześć razy. Ivan i jego pomoc, wyżycie się Kodjoviego i od nowa... Dopóki...
Minęło pięć dni, pięć wizyt mojego oprawcy, a po Knezeviciu ani śladu... Może Koussou policzył się z nim? Pobił go? Cokolwiek...
- Nie ma dla Ciebie ratunku, nikt Ci nie pomoże! - warknął, wymierzając mi siarczystego policzka. Pisnęłam. - A tym bardziej nie zrobi tego Ivan. Jesteś moja i tylko moja będziesz! - przywiązał mi ręce do czegoś metalowego. Nie mogłam nimi ruszyć, a każde pociągnięcie wywoływało większy ból.
- Każde z nacięć to mówi. I będą mówić dalej, bo nigdy nie znikną. Zawsze będą się pojawiać. Na nowo - wypowiadając każde z tych zdań ostrze przecinało skórę na nowo. Mój krzyk zamienił się w nierozumiany bełkot pomieszany z łkaniami.
- Nikt mi Ciebie nie zabierze... Nikt nie wie, gdzie jesteś. A Twój bohater się stąd zmywa, nie uratuje Cię więcej. Twoja ostatnia deska ratunku właśnie teraz odpływa.
Rozpłakałam się bardziej. Jak to się zmywa? Nie pomoże mi? Ile warte były wszystkie jego obietnice? Nic? Po co mi to mówił? By dać głupią nadzieję? By podnieść mnie na duchu?
- Zostaw... - nie zareagował. - Zostaw kurwa!
- Oo, mała jaka Ty ostra się ostatnio zrobiłaś... - przejechał ręką po moich udach. Odruchowo je zacisnęłam. - Rób tak dalej maleńka, nakręcasz mnie bardziej...
- Nie - syknęłam. - Nie dam Ci tej pierdolonej satysfakcji.
- No proszę, moja dziwka zamieniła się w buntowniczkę... Nie wierzę - wyślizgnął dłoń spomiędzy uścisku. - Pochwaliłbym się Twojemu bohaterowi, ale chyba go to nie obchodzi, skoro wolał uciec.
- Jeszcze raz o nim wspomnisz - moje serce wypełniło się bólem. Idiota, dał mi nadzieję na ratunek, a tu...
- Chyba na dziś wystarczy Ci tych powalających rewelacji... Do zobaczenia jutro, kochanie - chciał mnie pocałować, ale nim to zrobił, zdążyłam się odwrócić i na szczęście tego uniknąć. - Mmm, jutro złagodniejesz, mówię Ci to... - opuścił moją koszulkę, a po chwili i chatkę.
Minęło pięć dni, pięć wizyt mojego oprawcy, a po Knezeviciu ani śladu... Może Koussou policzył się z nim? Pobił go? Cokolwiek...
- Nie ma dla Ciebie ratunku, nikt Ci nie pomoże! - warknął, wymierzając mi siarczystego policzka. Pisnęłam. - A tym bardziej nie zrobi tego Ivan. Jesteś moja i tylko moja będziesz! - przywiązał mi ręce do czegoś metalowego. Nie mogłam nimi ruszyć, a każde pociągnięcie wywoływało większy ból.
- Każde z nacięć to mówi. I będą mówić dalej, bo nigdy nie znikną. Zawsze będą się pojawiać. Na nowo - wypowiadając każde z tych zdań ostrze przecinało skórę na nowo. Mój krzyk zamienił się w nierozumiany bełkot pomieszany z łkaniami.
- Nikt mi Ciebie nie zabierze... Nikt nie wie, gdzie jesteś. A Twój bohater się stąd zmywa, nie uratuje Cię więcej. Twoja ostatnia deska ratunku właśnie teraz odpływa.
Rozpłakałam się bardziej. Jak to się zmywa? Nie pomoże mi? Ile warte były wszystkie jego obietnice? Nic? Po co mi to mówił? By dać głupią nadzieję? By podnieść mnie na duchu?
- Zostaw... - nie zareagował. - Zostaw kurwa!
- Oo, mała jaka Ty ostra się ostatnio zrobiłaś... - przejechał ręką po moich udach. Odruchowo je zacisnęłam. - Rób tak dalej maleńka, nakręcasz mnie bardziej...
- Nie - syknęłam. - Nie dam Ci tej pierdolonej satysfakcji.
- No proszę, moja dziwka zamieniła się w buntowniczkę... Nie wierzę - wyślizgnął dłoń spomiędzy uścisku. - Pochwaliłbym się Twojemu bohaterowi, ale chyba go to nie obchodzi, skoro wolał uciec.
- Jeszcze raz o nim wspomnisz - moje serce wypełniło się bólem. Idiota, dał mi nadzieję na ratunek, a tu...
- Chyba na dziś wystarczy Ci tych powalających rewelacji... Do zobaczenia jutro, kochanie - chciał mnie pocałować, ale nim to zrobił, zdążyłam się odwrócić i na szczęście tego uniknąć. - Mmm, jutro złagodniejesz, mówię Ci to... - opuścił moją koszulkę, a po chwili i chatkę.
Znów zostałam sama. W każdym tego słowa znaczeniu. Moja jedyna nadzieja... Odeszła... Obiecywał, że mnie nie skrzywdzi... Dobre sobie, zrobił to. Nie tyle co fizycznie, tylko psychicznie... Wystawił na pastwę losu... Także chciał się zabawić... Oni wszyscy są tacy sami...
Kolejnego dnia to samo. Dla niego nie było to ważne, czy mam okres, czy nie. Dalej to robił. I to coraz gorzej... Dłużej tak... Nie wytrzymam.
Odchodzę do rezerw Norymbergi. Fakt, daleko stąd nie jest, ale lepsze to niż nic... Kupiłem prawie kompletnie urządzone mieszkanie, w dodatku dostosowane do życia z kimś. Z Leą, którą tu już niedługo sprowadzę...
Nie było mnie u niej od tygodnia. Zachowałem się jak ostatnia świnia, ale musiałem. By uwierzyła, że znikam. Kodjovi na pewno jej to przekazał. Nie chciałem, by pokazywała po sobie przy nim, że niedługo nadejdzie koniec jej cierpienia.
Przygotowywałem się też do tego, że długa droga przede mną, dopóki nie wróci do normalności. Zniszczyłem jej życie wraz z Koussou... To teraz je naprawię. A przynajmniej spróbuję to zrobić... Zabiorę ją od niego. Pokażę, że można inaczej, że zależy mi na niej... Zobaczymy, może coś z tego wyjdzie... Może się otworzy i... I zaufa...
Siedząc w salonie nie do końca urządzonego mieszkania, a wspomnieniami zawędrowałem do chwili, gdy byłem w sklepie z odzieżą dla dziewczyn... Kupowałem jej ubrania... Zaczynać będzie od zera...
~*~*~*~
Odchodzę do rezerw Norymbergi. Fakt, daleko stąd nie jest, ale lepsze to niż nic... Kupiłem prawie kompletnie urządzone mieszkanie, w dodatku dostosowane do życia z kimś. Z Leą, którą tu już niedługo sprowadzę...
Nie było mnie u niej od tygodnia. Zachowałem się jak ostatnia świnia, ale musiałem. By uwierzyła, że znikam. Kodjovi na pewno jej to przekazał. Nie chciałem, by pokazywała po sobie przy nim, że niedługo nadejdzie koniec jej cierpienia.
Przygotowywałem się też do tego, że długa droga przede mną, dopóki nie wróci do normalności. Zniszczyłem jej życie wraz z Koussou... To teraz je naprawię. A przynajmniej spróbuję to zrobić... Zabiorę ją od niego. Pokażę, że można inaczej, że zależy mi na niej... Zobaczymy, może coś z tego wyjdzie... Może się otworzy i... I zaufa...
Siedząc w salonie nie do końca urządzonego mieszkania, a wspomnieniami zawędrowałem do chwili, gdy byłem w sklepie z odzieżą dla dziewczyn... Kupowałem jej ubrania... Zaczynać będzie od zera...
Odruchowo zareagowałem śmiechem. przypominając sobie to, jak ekspedientki dziwnie się na mnie patrzyły, gdy buszowałem po półkach z ciuchami, zdając się na moją intuicję. I tak dużo nie wziąłem... Musiało jej wystarczyć...
Na razie nie planowałem jej wypuszczać z domu - ze względów bezpieczeństwa. By nikt, absolutnie nikt nie wiedział o niej. Prócz mnie do FCN przechodzi Mike, więc trzeba będzie uważać... Całe nasze środowisko, znaczy się otoczenie rezerw Lwów wiedziało o jej zniknięciu... Więc nie mogę się od tak z nią pojawić... Wzbudziłoby to niezłą sensację... Mike powiedziałby im... Więc lepiej nie ryzykować.
Starałem odpędzić od siebie myśl, co on mógł jej przez ten czas zrobić... Ale nie umiałem się wstrzymać. Po każdej mojej "interwencji" ciął ją jeszcze bardziej... Nie mogłem na to patrzeć obojętnie, bolało mnie to, że przeze mnie cierpi bardziej... Nie chciałem tego...
Udało mi się nie zasnąć, trzy kawy bardzo mi pomogły. Opuściłem blok i zabrałem się w drogę do Monachium. Ten ostatni raz. Najważniejszy. Po nią. Kjodiego już nie powinno być, nigdy nie bywał tam o tej porze. Powinno się udać. Z zaskoczenia... Musiałem jeszcze tylko przygotować chatkę idealnie na jej ucieczkę... Ale najpierw musiałem ocenić jej stan ogólny... Bałem się tego widoku... Jeśli - nie daj boże - skatował ją...? Chyba go wtedy sam tak potraktuję...
Na razie nie planowałem jej wypuszczać z domu - ze względów bezpieczeństwa. By nikt, absolutnie nikt nie wiedział o niej. Prócz mnie do FCN przechodzi Mike, więc trzeba będzie uważać... Całe nasze środowisko, znaczy się otoczenie rezerw Lwów wiedziało o jej zniknięciu... Więc nie mogę się od tak z nią pojawić... Wzbudziłoby to niezłą sensację... Mike powiedziałby im... Więc lepiej nie ryzykować.
Starałem odpędzić od siebie myśl, co on mógł jej przez ten czas zrobić... Ale nie umiałem się wstrzymać. Po każdej mojej "interwencji" ciął ją jeszcze bardziej... Nie mogłem na to patrzeć obojętnie, bolało mnie to, że przeze mnie cierpi bardziej... Nie chciałem tego...
Udało mi się nie zasnąć, trzy kawy bardzo mi pomogły. Opuściłem blok i zabrałem się w drogę do Monachium. Ten ostatni raz. Najważniejszy. Po nią. Kjodiego już nie powinno być, nigdy nie bywał tam o tej porze. Powinno się udać. Z zaskoczenia... Musiałem jeszcze tylko przygotować chatkę idealnie na jej ucieczkę... Ale najpierw musiałem ocenić jej stan ogólny... Bałem się tego widoku... Jeśli - nie daj boże - skatował ją...? Chyba go wtedy sam tak potraktuję...
Szczerze to nie wiedziałem jaki widok mnie tam czeka. Może jednak było dobrze? Nic jej nie zrobił już... Zaraz. Kogo ja chcę oszukać.... Przecież on ją porwał, bił i gwałcił... A ja na to pozwalałem... Co ze mnie za człowiek... Powinienem od razu powiedzieć, gdzie jest... A tak to... Naraziłem ją na niepotrzebne cierpienie...
Chwilę siedziałem w samochodzie, myśląc, jak to wszystko ma przebiec. Czy zrozumie, to co zrobiłem...
Zabrałem torbę i latarkę, jak na lato było wyjątkowo ciemno. W sumie dobrze, zero ruchu.. Zapaliłem światło i ruszyłem w stronę chatki. Sięgnąłem do garneczka po kluczyk i otworzyłem kłódkę. Słyszałem ciche i słabe pochrapywania, brak mojej wizyty źle na nią działał... Znów złapały mnie wyrzuty sumienia. Ale działałem dobrze, już to się kończy...
Przyglądałem się jej dłuższą chwilę. Te okropne rany... Tyle ich było... "Zdobiły" całe jej drobne ciało... Nigdy więcej się nie pojawią. Nie pozwolę na to. W dodatku niespokojnie spała...
- Lea... Słońce... - szepnąłem, w końcu kucając przed nią. Poruszyła się nerwowo, wydając z siebie cichy jęk.
- Ivan... Ja znowu śnię, prawda? - zapytała cichym, ochrypłym tonem.
- Nie... Obiecałem Ci to. Obiecałem, że Cię zabiorę od niego.
- Dokładnie tak samo mówiłeś w każdym śnie przez ostatnie dni. Dokładnie to samo. I potem przychodziło rozczarowanie, bo dalej tu jestem... A on dalej mnie katuje - zacisnąłem wargi. Moja biedna księżniczka musiała przeze mnie tyle cierpieć...
- Co mam zrobić, byś mi uwierzyła?
- Uwolnij mnie i nie daj się mu...
- Mała, jest środek nocy, on śpi. Jesteś bezpieczna, nie oddam mu Ciebie.
Zabrałem torbę i latarkę, jak na lato było wyjątkowo ciemno. W sumie dobrze, zero ruchu.. Zapaliłem światło i ruszyłem w stronę chatki. Sięgnąłem do garneczka po kluczyk i otworzyłem kłódkę. Słyszałem ciche i słabe pochrapywania, brak mojej wizyty źle na nią działał... Znów złapały mnie wyrzuty sumienia. Ale działałem dobrze, już to się kończy...
Przyglądałem się jej dłuższą chwilę. Te okropne rany... Tyle ich było... "Zdobiły" całe jej drobne ciało... Nigdy więcej się nie pojawią. Nie pozwolę na to. W dodatku niespokojnie spała...
- Lea... Słońce... - szepnąłem, w końcu kucając przed nią. Poruszyła się nerwowo, wydając z siebie cichy jęk.
- Ivan... Ja znowu śnię, prawda? - zapytała cichym, ochrypłym tonem.
- Nie... Obiecałem Ci to. Obiecałem, że Cię zabiorę od niego.
- Dokładnie tak samo mówiłeś w każdym śnie przez ostatnie dni. Dokładnie to samo. I potem przychodziło rozczarowanie, bo dalej tu jestem... A on dalej mnie katuje - zacisnąłem wargi. Moja biedna księżniczka musiała przeze mnie tyle cierpieć...
- Co mam zrobić, byś mi uwierzyła?
- Uwolnij mnie i nie daj się mu...
- Mała, jest środek nocy, on śpi. Jesteś bezpieczna, nie oddam mu Ciebie.
- Mówił mi, że stąd uciekłeś i nigdy mi nie pomożesz...
- Przepraszam. Musiałem to zrobić, byś uwierzyła i nie pokazywała po sobie tego, że Cię stąd wyciągnę.
- Na pewno nas nie znajdzie?
- Na pewno - odparłem pewnie. - Jest trzecia w nocy, za dziewięćdziesiąt minut będziemy już daleko od niego.
- Nie zostawisz mnie?

Boski rozdział... biedna ta dziewczyna: ( czekam.
OdpowiedzUsuńSłuchawki na uszach, moja ukochana piosenka w tle, ja siedząca przed laptopem z otwartą buzią i mój starszy brat, który stwierdził, że jestem głupia i głucha bo woła mnie już od dobrych pięciu minut.
OdpowiedzUsuńZaczarowałam się. Naprawdę
Jakaś dziwna moc oraz moja wyobraźnia sprawiły, że byłam w innym świecie.
Pierwszy raz czytam opowiadanie z taką historią, ale zdecydowanie trafiło do mojego serca. Kolejny twój blog zalicza się do moich ulubieńców.
Dziękuje ♥
Czekam z niecierpliwością na kolejny
Buziaki ♥♥♥♥