piątek, 8 maja 2015

02.

          Od dobrych dwóch tygodni trener dziwnie się zachowywał. Wyglądał na totalnie załamanego.. Kodjovi wręcz przeciwnie, tryskał radością i dziwną satysfakcją.. Jak na złość nie chciał mi powiedzieć, czym jest to spowodowane... Jeszcze o dziwo od dłuższego czasu nie było Leonie... Prawie zawsze przychodziła...

          - Panie trenerze, co się stało? - odważyłem się wreszcie zapytać Fröhlinga, a on tylko spojrzał na mnie smutno.
          - Moja mała córeczka... Zniknęła - nie wierzyłem własnym uszom. Jak to?!
          - Ale... Jak to...
          - Wyszła na imprezę i... Nie wróciła... - rozwarłem szeroko oczy.
          - Kiedy?!
          - W piątek dwa tygodnie temu widziałem ją ostatni raz... - piątek... Chwila.
          Wtedy też widziałem ją ostatni raz..  Na treningu... Kjodi też... Kjodi... kurwa. Już niedługo będziesz inaczej śpiewać... Nie mógł tego zrobić... No kurwa nie.
          - Spokojnie, znajdzie się - próbowałem go pocieszyć, chociaż byłem zajęty analizą wszystkich faktów.
          Kodjovi i ja cholernie bardzo chcieliśmy się z nią umówić. Dziewczyna ideał, boże. Mało takich mądrych, a jednocześnie pięknych... Mimo tych swoich nastu lat. Ale Nono powoli posuwał za daleko... I jeśli on stoi za zniknięciem córki trenera, to chyba go zabiję...
          Zależało mi nie tylko na jej wyrwaniu... Dziwnie to zabrzmi, bo faceci zazwyczaj nie rozmawiają... A zresztą, kto będzie tego słuchać.
          - Wracaj trenować, młody. Musisz pokazać innym klubom, kogo chcą nam zabrać - Niemiec wysilił się na uśmiech.
          - Tak jest szefie! - zasalutowałem i ruszyłem trenować.
          Moje ciało wykonywało ćwiczenia, mózg zaś analizował wszystkie możliwe opcje. Nie wyglądała na osobę, która miałaby wrogów, jej ojciec tak samo... Może matka? No ale...
          I jeśli zrobił to Koussou, to co może jej robić... Chyba nie gra tam z nią w żadne gierki planszowe. A więc... Momentalnie zamarłem, gdy uświadomiłem to sobie. O nie... 

          - Knezi, co z Tobą? - zapytał zadowolony z życia przyjaciel, gdy tylko mnie zauważył przed szatnią. - Jedziemy do mnie? Będzie zajebiście...
          - Gwałcąc Leonię? - dokończyłem za niego, na co się zdziwił. Mam go w garści.
          - Co Ty do mnie mówisz?
          - Nie rób ze mnie idioty, proszę Cię! Posunąłeś się za daleko...
          - Skąd to kurwa wiesz - złapał mnie za koszulkę i pchnął na ścianę.
          - JAK TAK KURWA MOGŁEŚ?!
          - Normalnie... Nawet nie wiesz, jaka to świetna zabawa mieć ją dla siebie, kiedy tylko chcesz.
          - Jaki Ty pojebany jesteś. Zrozumiałbym wszystko, WSZYSTKO kurwa. Ale porwanie?
          - Jakiś problem?
          - Ty nim jesteś. Ty i Twoje zachowanie. Oszalałeś z tą obsesją! 
          - Eee, wcale nie jesteś lepszy. Przyznaj się, ile razy chciałeś ją zaliczyć. Teraz masz do tego pełne prawo. Kiedy tylko chcesz.
           Racja, chciałem. Z jednej strony to kuszące... Cholernie bardzo. Ale jeszcze nie oszalałem, dziewczyna nie jest po to, by tylko uprawiać z nią seks... A nie chcę także skończyć w więzieniu za wielokrotny gwałt.
          Wstrzymałem się i spojrzałem na niego z pogardą.
          - Sorry, ale nie.
          - Nie to nie. A tylko piśniesz komukolwiek słówko.. - warknął. - Nie ręczę.
          - Zostaw mnie do cholery! - odepchnąłem go od siebie i walnąłem prosto w nos. Jęknął z bólu. Minąłem go obojętnie i ruszyłem do swojego samochodu. Mój najlepszy przyjaciel... Jak on tak mógł... Odpaliłem silnik i skierowałem się do swojego mieszkania.
          Muszę coś z tym zrobić... Mam go wkopać na policję? Skoro nawet nie wiem, w jakim jest stanie... Powiedzieć jej ojcu? Facet się załamie całkowicie, a ja zniszczę mu karierę... Kurwa, jestem w kropce. Muszę sam sobie poradzić... Jakoś ją wyciągnąć...

***

          Kilka dni zajęło mi obmyślanie całego planu, jak ją uwolnić. Gdybym tylko wiedział, gdzie odejdę, byłoby mi łatwiej, mógłbym ją tam wywieźć, a tak to... Ale jeszcze najpierw muszę zrobić krok do przodu...
          Przy pomocy Moritza dogadałem się z Kodjovim. Lecz mimo to, w głębi duszy dalej nienawidziłem go za to, co jej robi. Chyba Leitner nic nie wie o jego poczynaniach... Może dobrze...
Nasze kontakty wracały na poprzednie tory, jakbyśmy nigdy się nie pobili. Nikt nie rozmawiał o Leonie. Do czasu...

          - Zabieram Cię dziś do niej, musisz ją sprawdzić - mruknął rozmarzony. Wzdrygnąłem się. Minął już miesiąc od jej "zaginięcia". Fröhling został odesłany na przymusowy urlop, facet ledwo sobie z tym radzi. Ja zresztą też. Trudno mi ukrywać to, co wiem... Cholernie trudno.
          - Po takich rewelacjach, jakie jej sprawiłeś, to wąpię, czy ją zadowolę.
          - Tym to się nie martw, tylko jedź za mną! - zaśmiał się, wsiadając do swojego samochodu. Udając zadowolonego, przewróciłem oczami. Już niedługo się dowiem, co z nią...
          Po drodze zajechaliśmy jeszcze do maka, po coś na przekąskę. Coś mnie podkusiło, by wziąć więcej. Może się przydać..
          Jechaliśmy zakorkowaną wylotówką. Nieźle musiał się natrudzić, by to znaleźć... Skręciliśmy w lasek i przejechaliśmy dobry kilometr, nim się zatrzymaliśmy.
          - To tu - wskazał na niewielką chatę. - Możesz robić z nią co chcesz całe popołudnie. Kluczyk od wejścia jest w garneczku, obok drzwi. Do zobaczenia! - wsiadł z powrotem i odjechał, zostawiając mnie samego.
          Dziś nawet nie próbowałem się zabrać za realizację planu. Od razu by się zczaił, że ja za tym stoję. Nie dziś...
          Wziąłem kluczyk i otworzyłem kłódkę, którą schowałem potem do kieszeni spodenek. Pociągnąłem do siebie drzwi, czując coraz szybsze bicie serca. Co mnie może tam spotkać? Zmasakrowana Lea? Może jeszcze gorzej?
          W środku ciemno. I cicho. Chociaż... Zaraz. Słychać  charczenia. Ledwosłyszalne, ale chociaż jakieś...
          - Zostaw mnie... - z drugiego końca chatki doszedł mnie cichy szept.
          - Leonie... - na dźwięk moich słów się rozpłakała. Momentalnie pobiegłem do niej. Do środka wpadło trochę światła, więc mogłem zobaczyć jak wygląda.
          To co widziałem... Jak on może tak robić z drugim człowiekiem?! Pocięta niemal od stóp do głów... Strasznie wychudzona... Kucnąłem przed nią i zsunąłem chustę z jej oczu. Tych, które zawsze były radosne... Mimo tego, że zachowywaliśmy się jak idioci. Dziś były przekrwione, załzawione...
          - Zrób to szybko i odejdź, proszę... - błagała mnie, dalej płacząc.
          - Co on z Tobą robi...
          - Dwadzieścia pięć...
          - Tyle razy tu był? - kiwnęła mi głową na zatwierdzenie.
          - Pić.. - poprosiła. Przygryzłem wargę i momentalnie wyleciałem na zewnątrz, do auta. Prócz butelki wody wyjąłem apteczkę i coś do jedzenia... Myślałem, że tylko intuicja trzyma się kobiet... O dziwo moje przeczucie dziś mnie nie zawiodło... Nim wróciłem, zabrałem jeszcze scyzoryk.
          Stanąłem w drzwiach. Wpatrywała się w nie półprzytomnie.
          - Ustaniesz? - zaprzeczyła. Westchnąłem. - Poradzimy sobie inaczej - powoli do niej podszedłem i rozstawiłem się ze wszystkim.
          Najpierw woda. Piła tak łapczywie, jakby nie dawał jej tego od kilku dni... On jest serio pojebany, czy co? Gdy wziąłem do rąk nóż, zaczęła krzyczeć.
          - Chcę tylko rozciąć linę... Potem obmyję Ci nacięcia i ciało. Nie zrobię Ci tego, co on. Obiecuję - zrobiła się potulniejsza. Rozciąłem i zdjąłem linę, widząc ogromne ślady od szamotaniny. Od nich zacząłem... Syknęła z bólu. Zacisnąłem wargi, kontynuując.
          - Kiedy on Ci to zrobił? - spytałem, przejeżdżając wacikiem nasączonym w wodzie utlenionej obok nacięć na jej brzuchu. Jej ciało... Takie piękne i nagie, a jednocześnie takie poranione i wrażliwe... Muszę ją wyciągnąć... On ją wykończy.
          - Jak był ostatnio... Chyba... Chyba było to wczoraj...
          - Csii - pogładziłem ją po policzku. Zadrżała. - Masz, zjedz - podsunąłem jej opakowanie, a ona rzuciła się na nie, jakby nie jadła co najmniej od tygodnia. Spoglądałem na nią dyskretnie. Taka biedna, taka bezbronna, niewinna... A on to wykorzystuje...
          - Najedzona? - zwróciłem się do niej, gdy cała zawartość zniknęła.
          - Dziękuję... - wyszeptała, a ja się lekko uśmiechnąłem. Siedzieliśmy w milczeniu. Starałem się na nią nie patrzeć, nie chciałem, by czuła się niekomfortowo, bo niemal zjadam ją wzrokiem.
          - Wiesz, że będę musiał Cię znów związać? Wpuścił mnie tu tylko dlatego, bo myślał, że Cię skrzywdzę... - oczy zrobiły się jej jak pięciozłotówki. - Ale obiecuję, będę tu przyjeżdżać i Ci pomagać - na razie tu, a potem...



__________________________
Oh, moje kochanie bohaterem :')
boziu, z chęcią bym się zabrała za pisanie dalej, mam tyle pomysłów, ale w końcu będę musiała go skończyć... a wystarczy, że mam kolejny pomysł na ff z Knezeim XD


Proszę Was o opinie, chciałąbym wiedzieć, kto to czyta...:) 

4 komentarze:

  1. Kocham tego bloga 😍 nienawidzę tego typa -_- biedna dziewczyna :( czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam. przepraszam! :C
    Nie było mnie ostatnio :C przepraszam! :CCCCC
    Co za... Nie mogę uwierzyć jak on tak może robić...
    Współczuje jej. :C
    Czekam na kolejny
    Buziaki ;***

    OdpowiedzUsuń
  3. Ivan aka superbohater, hmmm lubię to ^^
    Mam nadzieję, że jak najszybciej uratuje Leonie, tak bardzo mi jej szkoda :(
    Kodjovi...dla takich typów powinna być przymusowa kastracja bez znieczulenia, a później kilka innych tortur :v
    Czekam na nowy :)



    OdpowiedzUsuń
  4. Nadrobiłam! :D Haha xd Tydzień bez internetów i już się można pogubić xd
    No więc.. Rozdział świetny, cudowny i wgl! :3
    Co za typ! ;__; Zabić go i się skończy! Bo jak jej nie zostawi to ja tam przyjdę i jom uratuję! :o
    Czekam na kolejny! :*

    OdpowiedzUsuń