piątek, 18 września 2015

21.

          Nadszedł ten dzień, którego wręcz nie chciałem - derby. Jeśli byłyby one w Monachium, to jeszcze by uszło w tłoku. Ale jak na złość pierwszy mecz rozgrywaliśmy u siebie. Szczerze to wolałem, żeby Lea została w domu, ale obiecałem jej, że będę ją zabierać na każdy domowy mecz, a obietnic zawsze dotrzymuję... I co teraz?
          - Tylko nie schodź na dół, w każdej chwili będzie mógł wyjść z szatni i stanie się to, czego unikaliśmy przez ostatnie miesiące - przestrzegłem ją, nawet już nie pamiętam, który raz w tym tygodniu. Przeżywałem to spotkanie podwójnie, głównie przez jego pojawienie się tutaj. W naszym azylu, w miejscu, w którym mieliśmy się od niego odciąć. Raz na zawsze...
          - Wiem. Usiądę tak, że nawet Ty będziesz miał problemy z odnalezieniem mnie - zaśmiała się, próbując rozluźnić atmosferę. Mi nie było do śmiechu. Bałem się, że mimo to coś się jej stanie...
          Standardowo odprowadziłem ją na trybuny i chwilę posiedziałem, rozglądając się wkoło. Sprawdzałem, czy Koussou miałby jakąkolwiek szansę zobaczyć małą. Z tego miejsca, w którym siedziała możliwość ujrzenia jej z boiska była niewielka. Zastanawiałem się, czy ja nie będę miał z tym problemu.
          Oddaliłem się dopiero wtedy, kiedy miałem stuprocentową pewność, że nie zauważy. W szatni próbowałem się rozluźnić, co było niemałym problemem.
          Jest bezpieczna.
          Te dwa słowa powtarzałem jak mantrę. Kibice ją przysłonią, nie zobaczy jej z takiej odległości.
          - Kneza, coś Ty taki zestresowany? Amateure przecież przyjechało do nas dostać tęgie lanie - prychnąłem, przebierając się w strój meczowy. Christopher, i tak nie zrozumiesz.
          Chwilę potem przyszedł trener, który spokojnie, a jednocześnie pewnie omówił skład, taktykę, oraz inne ważne aspekty przedmeczowe. Dziś kładł szczególny nacisk na defensywę, aby uważnie kryli skrzydłowych oraz napastników. Znając szczęście jeszcze ja się załapię na bieganie po całym boisku, bo nie będą nadążać.
          Zawiązałem korki, poprawiłem getry i ruszyliśmy na rozgrzewkę. Po drugiej stronie boiska truchtali Amateure, ale nigdzie wśród nich nie widziałem Nono... Może nie znalazł miejsca w osiemnastce meczowej?
          Kurwa.
          Jest. 
          Rozgrywał piłkę między Steinhartem, moim byłym kolegą z TSV. Kolejny zresztą. 
          Odruchowo zerknąłem na trybuny. Po chwili znalazłem Leonie, która siedziała w przedostatnim rzędzie, opatulona kibicami. Bezpieczna.
          Zakipiała we mnie złość oraz nienawiść, kierowana w jego stronę. Przypomniały się te chwile w chatce. Te wszystkie widoki, które musiałem ujrzeć. Każde jego słowo, dotyczące jej osoby jeszcze przed jej uprowadzeniem... Poczułem gulę w gardle, chciałem mu to wszystko wygarnąć, ale nie... Lepiej nie.

          Pierwsza połowa meczu była intensywna, wypełniona szansami dla obu drużyn, ale tablice wskazywały remis, po jednej bramce. Wracając z powrotem na murawę, natknąłem się na niego. Chciałem przejść obojętnie, ale powstrzymał mnie.
          - Co to za powitanie starego kumpla? -  miałem ochotę zaśmiać mu się w twarz. Kumpel? Po tym wszystkim?
          - Co? Ty siebie słyszysz? Wykańczając Leę sam to zjebałeś. I co? Udało Ci się ją znaleźć? - zapytałem z dużą dawką ironii.
          - No chyba sobie ze mnie żartujesz. Głupia nastoletnia suka ma zniszczyć kilka lat przyjaźni? - znów wszystko we mnie zawrzało. Jak on tak w ogóle śmiał?! Próbowałem zachować spokój, jeszcze tego brakowało, żeby doszło do bójki.
          - Zniknij mi z oczu, nie chce mi się z Tobą gadać - warknąłem, stawiając krok na przód.
          - Zobaczymy się niedługo, mój przyjacielu! - tymi oto słowami mnie pożegnał. Była w tym ukryta groźba, czy co?
          Druga odsłona derb Bawarii prawie niczym się nie różniła od pierwszej. No może tym, że obrony obu ekip nie pozwalały się przedrzeć atakującym. Dalej przemierzałem boisko od bramki do bramki. Nono na szczęście więcej się nie odezwał.
          Po prysznicu szybko się przebrałem i po pożegnaniu z kolegami opuściłem szatnię.
          Niemka czekała na mnie przy kasie, tam, gdzie się umawialiśmy. Rozglądałem się, dopóki na widoku nie znalazła się mała, zakapturzona postać. Podszedłem do niej i objąłem. Zlękła się, ale gdy tylko poczuła, że to ja, odetchnęła z ulgą.
          - Świetny mecz - uśmiechnęła się lekko, wspinając się na palcach. Pochyliłem się, a moje wargi trafiły na jej. Oplotła moją szyję rękoma, pomrukując cicho.
          Przerwało nam czyjeś klepnięcie w moje ramię. Samuel.
          - Ładnie to tak publicznie się obściskiwać? - zaśmiał się, a Lea ukryła twarz w mojej piersi, cicho chichocząc. - Lela, wstydziochu jeden!
          - Sami, nie sepleń się - pokazała mu język.
          - To kiedy umawiamy się na wieczór gier? - wywróciła oczami.
          - Znów chcesz odczuć gorycz porażki z dziewczyną? - udał, że roni łzę, na samo wspomnienie ostatniej "porażki". Tak naprawdę dał jej fory, chociaż nie powiem, ciężko ją pokonać.Ale do rzeczy, ten to nigdy nie dorośnie.
          - Ten weekend odpada, lecimy do moich rodziców - wyjaśniłem.
          - To się zdzwonimy. Miłej wizyty u teściów, Lela!
          Radlinger oddalił się od nas, uprzednio nam machając. Panna Fröhling cofnęła ręce.
          - Lepiej już chodźmy, trzeba się skończyć pakować i uciec, wiesz komu.
          Złapała moją rękę i ruszyła prędkim krokiem przed siebie. Nigdy w życiu nie widziałem jej, jak tak szybko próbowała odejść. Skądkolwiek. 
          Jeszcze musieliśmy minąć autobus przyjezdnych... Nieważne, że stał kilka metrów dalej. Oby ich w nim nie było. Lea opatuliła się kapturem, aby nie było jej widać.
          Spojrzałem w stronę autokaru. Był pusty. Miałem odetchnąć z ulgą, ale zauważyłem ruch przy nim. Szczególną uwagę przykuła niska, ciemna postać z nieprzytomnym spojrzeniem. Patrzył się na nas, czy nie?
          - Widział nas? - zapytała spanikowana.
          - Chyba nie - odparłem podobnym tonem. Sprawiał wrażenie wyłączonego z tego świata. Odizolowanego...
          - Oby... Nie chcę powtórki... - szepnęła. Objąłem ją mocniej.
          - Nie myśl o nim. To przeszłość, która już nigdy nie wróci.

          Półtora godziny potem byliśmy już na lotnisku, kierowaliśmy się w stronę odprawy.
          - Z Twoim tatą było łatwiej - zaczęła. Fakt. Mój ojciec ucieszył się na wieść, że wreszcie odnalazłem kogoś, kogo kocham całym sercem. Nie to co mama. Ale ona w ostateczności także przekonała się do Leonie. Nie miała wyboru.
          - Bo to nie mama miała za zadanie przyznać się rodzicom o tym, że jego miłość ma piętnaście lat - zaśmiałem się. Mój tata był dwudziestolatkiem, a mama nastolatką gdy się poznali. Mimo tego już wiedział, że to ona jest jego jedyną. I proszę, od 23 lat są szczęśliwym małżeństwem. Moim marzeniem jest powtórzyć to samo z Leą. Naturalnie, że z większym stażem!
          - Zresztą mama to specyficzna osoba. Mówi jedno, myśli drugie, w wymaga trzeciego. Jej nie sprostasz.
          - Nie strasz, proszę.
          - Nie masz się co bać. Ochronię Cię - pogładziłem ją po policzku.
          Kilkanaście minut potem siedzieliśmy już w fotelach samolotu lecącego do Frankfurtu nad Menem, skąd miał odebrać nas mój tata i przetransportować do Schaffheim.
          Czterdzieści pięć minut potem lądowaliśmy już w Flughafen Frankfurt Airport. Po odebraniu naszej walizki, opuściliśmy halę przylotów. Wyjąłem telefon, który dosłownie chwilę później zaczął dzwonić. Tata.
          - Już wylądowaliśmy, czekamy przed lotniskiem.
          ~ Widzę Was ~ zaśmiał się. Spojrzałem przed siebie, odkładał telefon. Wzrok Leonie powędrował za moim.
          - Tato, to Lea. Leonie, to Marko*, mój tata - puściła moją rękę, a mój ojciec bez niczego powitał ją cmoknięciami w policzki.
          - Witamy w rodzinie, Leonie! - tryskała z niego sama pozytywna energia. Aż poczułem, jak mała się rozluźnia.



_______________
*nie wiem, jak ma na imię tata Iviego, więc wymyśliłam xd

Ojejciu, doszłyśmy dla ważnego (przynajmniej dla mnie) momentu. Wyżej opisany mecz wydarzył się naprawdę i jest to dla mnie ogromnie ważna chwila. 25.10. mija rok od kiedy "znam" Ivana, haha :D I na domiar "złego" dziś, o 19 odbywa się mecz... FCNII-FCBII, czyli ten z tego rozdziału. Mam mały rozłam, ale mniejsza z tym :D zobaczymy kto wygra, serce (Ivan) czy dusza (FCBII) 
Liczę, że się podoba, oraz oczekuję Waszych opinii!

4 komentarze:

  1. już myślałam, że coś się stanie ;-;
    ale na szczęście było w porządku, jak na razie
    ciekawi mnie jak potoczyła się dalsza rozmowa z jego tatą :3
    czekam nn <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Kamień mi spadł z serca. Myślałam, że jednak coś się stanie.
    No ale z drugiej strony Ivi ideał nie da za żadne skarby by on ją znalazł <3
    PRZEPIĘKNE ♥♥♥♥♥
    Już nie mogę się doczekać kolejnego ♥
    Buziaki :***

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu!! Nie strasz mnie tak.. Mało nie umarłam na zawał. :o
    Jeju!! Już nie mogę się doczekać ciągu dalszego! :D Dlaczego trzymasz mnie w takiej niepewności? :D
    Czekam na następny! ❤

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale mnie wystraszyłaś, Domi! Już myślałam, że sielanka będzie przerwana, a tu na szczęście wszystko oki ♥
    Rozbudziłaś moją ciekawość! Z niecierpliwością czekam na następny :*

    Pozdrawiam x

    OdpowiedzUsuń